niedziela, 27 października 2013

Delfiny, lwy morskie - czyli jak sie bawi Australia :D


Wróciliśmy z naszego pierwszego "namiotowania". Z przykrością muszę stwierdzić, że wrażenia ze spania w namiocie na Australijskim campingu zostały przykryte przez to co działo się później. Ale od początku..

Prowadzeni żądzą spędzenia nocy "pod chmurka" od paru tygodni wyczekiwaliśmy okazji. Kilka dni temu przeszukując internet w poszukiwaniu ciekawych miejsc, w które moglibyśmy się wybrać, trafiłam na stronę Eco parku, który oferuje rejsy i pływanie z lwami morskimi. A to wszystko w Baird Bay, malej wioseczce 60 km od Streaky. To był strzał w dziesiątkę. Po pierwsze blisko, wiec nawet gdyby nie udało się nam rozstawić namiotu można wrócić do domu, po drugie - taka atrakcja!

Wczoraj rano, z błaganiem w oczach wyszeptałam do Z.: "Skoro już tam jedziemy, to może moglibyśmy popływać?" Tutaj muszę dodać, że Z. wody boi się panicznie.. i wszelkich aktywności z nią związanych także. No może oprócz prysznica :) Ale widząc jak mi zależy, serce mu zmiękło i pomysł zaakceptował, z wielkim zastrzeżeniem, że on z łódki nie zejdzie za żadne skarby i jeśli zacznę się topić albo zaatakuje mnie rekin to mam go nawet nie wołać. Zadzwoniliśmy wiec i zabukowaliśmy 2 bilety na rejs.

Po pracy szybkie pakowanko i wyruszamy. Do miejsca docelowego dotarliśmy około 16:30. Malutkie pole "namiotowe" wyglądające tak naprawdę jak parking. Zaczęliśmy zabawę z namiotem.. Pogoda była przepiękna, trochę się zmachaliśmy ale już po godzinie nasze królestwo było w jednym kawałku.


Z zadowolony z naszej pracy, prezentuje się przy namiocie. To co ma na głowie to siatka chroniąca przed inwazja krwiożerczych much i komarów.

Noc do spokojnych nie należała.. Nagle zaczęło grzmieć i lać a wiatr machał naszym "domem" na wszystkie strony. Na szczęście nie przemokliśmy a konstrukcja wytrzymała wichurę. Tylko spania było mało.. przynajmniej dla mnie i Z., bo Harnaś miał w głębokim poważaniu huragan i spal jak zabity, w dodatku chrapiąc. Jak tylko zaczęło się robić jasno, wstaliśmy.. Byla może 5:30 rano.

Po śniadanku, długim spacerze z Harnasiem i uprzątnięciu burdelu w namiocie, wyruszyliśmy do Eco parku. Znaleźć go nie było trudno, bo wioska liczy może z 10 domów. Wycieczka zaczynala sie chwile po 9:00. Okazało się, że właścicielami tego przybytku są klienci apteki, których znamy i widujemy.. W sumie nie powinno mnie to dziwić bo przecież jesteśmy jedyną apteką w promieniu może 200 km, wiec jakby nie było każdy jest naszym klientem :) W oczekiwaniu na resztę uczestników, popijając kawkę, gawędziliśmy z Trish - żoną właściciela.

Około 9:00 dostałam "piankę", którą miałam założyć jeszcze przed wejściem na pokład. Zdziwiłam się, że nigdzie przy plaży nie widzę łodzi, która moglibyśmy popłynąć w głąb oceanu. Przy brzegu zacumowane było jedynie kilka "szalup" w których zmieściło by się może 6-7 osób. Spytałam.. a odpowiedź zwaliła mnie z nóg. To właśnie takim wypierdkiem płyniemy... No trudno, trzeba sobie jakoś radzić. Wbiłam się w piankę, wzięłam ręcznik, sunscreen, aparat, drugi aparat do robienia zdjęć pod wodą i bladego jak ściana Z. i wyruszyliśmy zasiąść wygodnie na naszym luksusowym jachcie. 

Alan - kapitan i właściciel, widząc że jesteśmy dwoma przerażonymi ludkami, nie mającymi nic wspólnego z wodą i oceanem, starał się o nas zadbać wyjątkowo. Naprawdę niesamowity człowiek.. cały czas upewniał się, że wszystko jest w porządku. Jak tylko wypłynęliśmy łódka zaczęła się machać i bujać na wszystkie strony, Z. zrobił się zielono-szary.. Alan zaczął się śmiać, że tutejsze rekiny nie atakują Polaków a już tym bardziej Egipcjan. Ale nam na początku do śmiechu nie było, bo jeżeli ktoś wcześniej nie miał do czynienia z oceanem, to pływanie po nim malutką łódeczką jest prawdziwym hardcorem. Początkowy plan zakładał podpłyniecie do wyspy Jones Island, u której wybrzeży znajduje się kolonia lwów morskich, pływanie i zabawę z nimi w "w miarę" płytkiej wodzie (jakieś 3-4 metry głębokości) a następnie wyprawę do ujścia zatoki Baird i jeżeli szczęście dopisze, pływanie z delfinami. Alan stwierdził jednak, ze najpierw popłyniemy do delfinów, bo wiatr staje się silniejszy i później nie wiadomo czy będzie to możliwe. Z delfinami osoby bez przygotowania, czyli kursu pływackiego i jakiegoś nawet podstawowego kursu nurkowania, pływać nie mogą. Powód jest prosty - to już nie tylko zabawa, to otwarty, głęboki na przynajmniej 30 metrów ocean, z falami i innymi stworzeniami morskimi np. rekinami. Nawet delfiny przy nieumiejętnym się z nimi obchodzeniu, potrafią być agresywne. Na łodzi było nas 8, dwie kobiety Australijki, dwóch francuzów turystów, ja i Z., Alan i jego pomocnik, około 20 letni przystojniak Mike. Oczywiście wszyscy oprócz mnie i Z. byli już w tej materii doświadczeni. Po kolei powskakiwali do wody i dryfując na brzuchach pływali miedzy delfinami. Ja zostałam na łodzi. W pewnym momencie Alan powiedział, że nie może pozwolić żebym to przeoczyła. Kazał mi założyć "kolo ratunkowe" i stwierdził, że po prostu przypnie mnie do nogi Mika, który jest z innymi w wodzie, tak żebym nie odpłynęła. Byłam przerażona bo nie spodziewałam się, że mi na to pozwolą, poza tym moje umiejętności pływackie kończą się na "żabce" na basenie a tutaj raczej to nie zda egzaminu. Nie mogłam odpuścić.. trzęsąc się jak galareta usidlam na brzegu łódki. Po chwili podpłyną Mike i przywiązał moje kolo do swojej kostki. Skoczyłam.

Zimno - pierwsza myśl. Ja pierdziele, coś się o mnie otarło! - druga myśl. O Boże, utonę, zginę, delfin mnie przygniecie, to już koniec.. - trzecia myśl. Początkowe parę sekund paniki, kilka głębokich wdechów i byłam gotowa. Mike pokazał mi jak się mam położyć na wodzie, jak używać maski i pod jakim katem powinnam patrzeć wgłąb. Zanurzyłam głowę, pół metra pode mną zobaczyłam wielkie, szaro-białe stworzenie. I drugie niżej. I trzecie obok. Rozejrzałam się w obie strony - byłam dokładnie "nad" stadem liczącym 5-6 delfinów. Zaczęłam się przyglądać, ten najbliżej mnie był wielki, może 3 metrowy.. i WCALE nie wyglądał tak słodko jak na filmach. Byl przerażający.. jego skora nie była gładka i lśniąca, była pokryta bliznami zapewne od walk z innymi stworzeniami, szaro-biaława. Czułam każdy jego ruch, gdybym wyciągnęła ręce, mogłabym go dotknąć. Ale to nie oceanarium, w którym są oswojone i wytrenowane zwierzęta. Zostaliśmy poinstruowani, ze chociaż zazwyczaj przyjazne, delfiny te to nadal dzikie stworzenia, którym wchodzimy do domu i które mogą się zezłościć.


Początek przygody.


Delfiny pływały tez przy samej łodzi, dając Z. szanse na piękne fotki.


Wypatruje :)


Stado.

Delfiny po 10-15 minutach zapewne miały nas dość. Po prostu odpłynęły. Wróciliśmy na łódkę, kolej na lwy morskie, tzw. uchatka australijska. Po około 10 minutach byliśmy na miejscu. Alan zagwizdał w specyficzny sposób i nagle byliśmy otoczeni przez 20-30 stworzeń, bawiących się, skaczących, pływających dookoła łodzi. Po kolei powskakiwaliśmy do wody, ja oczywiście ze swoim kołem i Mikiem (co mi w sumie bardzo nie przeszkadzało, bo Mike wiedział gdzie płynąć żeby zobaczyć najwięcej, dzięki czemu i ja zobaczyłam dużo). Lwy morskie, hm.. dzikie stworzenia uwielbiające ludzi. Jak szczeniaczki, jak tylko wylądowałam w wodzie zaczęły pływać wokół mnie i skakać. Mike parę razy zanurkował żeby dać buziaka jakiemuś osobnikowi śpiącemu na dnie. Woda nie była głęboka, jakieś 3-4 metry wiec widziałam wszystko. Tu się już nie bałam, pływałam dookoła i robiłam zdjęcia moim wodoodpornym aparatem. W pewnym momencie Mike powiedział żebym spojrzała pod siebie. Na dnie siedział wielki osobnik - prawdopodobnie około 350 kilo i się na mnie patrzył. Zamarłam, bo chociaż wiedziałam, ze nic mi nie zrobi, nawet jego rozmiar może wywołać paraliżujący strach. Po paru sekundach ruszył w moja stronę kręcąc "beczki".. Opłynął nas ze 2 czy 3 razy i ruszył w stronę wyspy. Zaskakujące jest jak poszczególne osobniki różnią się od siebie wyglądem i wielkością. Pływały z nami lwie dzieci, malutkie i przesłodkie, potrafiły podpłynąć i dotknąć nosem nogi czy ręki, tylko po to żeby zaczepić i zwrócić na siebie uwagę, a później uciec wirując w wodzie. Ale były tez wielkie i przerażające osobniki, które mimo ze przyjazne zachowywały dystans.


Przez tego malucha zostaliśmy przywitani :)


Najpiękniejsza <3


A na wyspie pełen relax..


I opalanko - co widać po kolorze tego osobnika :D


Ja, Mike i nasi goście :D



Zabawa wśród ludzi :D Dwa salta i można zaczepiać dalej.

Zawieram przyjaźnie ..


pływamy :)

Z lwami morskimi spędziliśmy kolejne 30-40 minut. Nie wytrzymałam do końca.. po jakichś 25 minutach weszłam na pokład i przykryłam się 3 kocami. Jedna z Australijek wyszła zaraz po mnie, wchodząc po schodkach na łódź, wyszeptała drżącym z zimna głosem "Badzo dzimno".  Okazało się ze jej rodzice byli polskimi imigrantami, a ona chociaż po polsku prawie nie mówi, jak mnie zobaczyła to nie mogla się powstrzymać :)

Nasza wyprawa trwała około 2 godzin. Kiedy wróciliśmy na lad miałam ochotę pocałować ziemie. To przeżycie, którego nie zapomnę do końca życia. Cos wspaniałego, przygoda o której mi się nawet nie śniło. Całość kosztowała nas 140$ od osoby, co można szczerze przeliczać 1:1, czyli jak 140 zł. Czy było warto? Nawet gdybym musiała zapłacić 500$ od osoby, byłoby warto.

Zwinęliśmy manatki, byliśmy w naszym kochanym Streaky przed 14:00. Nawet nie wypakowaliśmy nic z samochodu, byliśmy tak zmęczeni ze w momencie w którym nasze dupencje dotknęły łóżka, zapadliśmy w sen zimowy.. Wstaliśmy dosłownie przed chwila.. a ja mam poczucie ze dzisiejszy dzień, był jedynie pięknym snem..


 

wtorek, 8 października 2013

Camping w Australii - węże, pająki i inni goście.


Wróciliśmy z kolejnej podroży. Nie poszło tak, jak zaplanowaliśmy i zamiast w pięknym parku narodowym Gawler Ranges wylądowaliśmy w Port Lincoln, w naszym starym domu. Prawda jest taka, że na Gawler przygotowani nie byliśmy i szczęśliwie zdaliśmy sobie z tego sprawę. W parkach narodowych spanie w samochodzie niekoniecznie zda egzamin - przy 40C upale, bez żadnego schronienia, po prostu byśmy się ugotowali, bo jak wiadomo w "samochodzie-puszce" temperatura jest jeszcze wyższa a okien w nocy otworzyć nie można (chyba, że chcesz się obudzić z Huntsmanem na twarzy).. Poza tym nie mamy odpowiednich butów i siatek na twarz chroniących przed krwiożerczymi owadami, które w tym momencie roku, atakują Cie tysiącami nawet w "mieście". Postanowiliśmy wiec - jedziemy na zakupy, by być przygotowanym na każdy następny szalony wypad. I wyruszyliśmy do Port Lincoln, jedynej metropolii na naszym końcu świata, w której można się w cokolwiek zaopatrzyć.


Camping w Australii trochę różni się od tego w Polsce. Jednak muszę powiedzieć, że jest duuużo bardziej popularny. W każdej malej wiosce mamy pole namiotowe i miejsce dla przyczep campingowych. I ZAWSZE jest pełno ludzi. Australia kocha spokój i izolacje, być może dlatego Australijczycy każdy urlop spędzają jeżdżąc samotnie po kraju, odpoczywając i podziwiając widoki. Młode  małżeństwa z małymi dziećmi, starsi ludzie którzy dopiero przeszli na emeryturę i nie maja co ze sobą zrobić.. nie ważne. Każdy tutaj ma namiot czy przyczepę. Z naszej perspektywy może wydawać się to dziwne, bo cały czas słyszymy o zabójczych gadach czyhających w krainie OZ na każdym rogu żeby wpełznąć do domu/namiotu i Cie pożreć. Tutaj ludzie po prostu zaakceptowali swoja faunę i nauczyli się z nią żyć. I my też musimy się uczyć, jeśli nie chcemy by jakaś jadowita bestia ukąsiła nasze dupsko. Węże, pająki i inne stworzenia zagrażają nam nie tylko gdy wybieramy się "pod namiot", można je spotkać (i rzeczywiście spotyka się) także w terenach zabudowanych. Jednak gdy wybieramy się do buszu czy parku narodowego, mamy 100% pewność, że odwiedzi nas jakiś jadowity potwor. I TU NIE PRZESADZAM - 100%. Dlatego teraz trochę o niebezpieczeństwach - głównie tych żywych. Tych, które występują na codzien ale podczas biwakowania, szansa na ich spotkanie jest kilkunastokrotnie większa.


Do napisania tego posta natchnął mnie Marian - Eastern Brown Snake, spotkany przez nas w ostatni weekend. Waż ten jest drugim najbardziej jadowitym wężem na świecie, zaraz po Tajpanie Pustynnym, również występującym w Australii. Jego jad wywołuje biegunkę, zawroty głowy, zapaść lub drgawki, niewydolność nerek, paraliż i zatrzymanie akcji serca. Bez leczenia, ukąszenia mogą być śmiertelne. Czy oznacza to, że każde ukąszenie nas zabije? Nie koniecznie. Często jego atak jest "suchy", bez jadu, jedynie po to by odstraszyć. Bez podania surowicy szacuje się ze przypadków śmiertelnych jest ok. 10-20%.


My spotkaliśmy go podczas jazdy. Odpoczywał sobie po środku autostrady i nie straszne mu były samochody przejeżdżające obok. Zdjęcia robione z samochodu przy zamkniętych oknach :D


Charakterystyczna "głowa w eskę".


Uśmiech poprosimy :)

Niestety, to właśnie Eastern Brown Snake jest najczęściej spotykanym wężem na naszych terenach, z którym musimy nauczyć się żyć, ignorując się nawzajem i nie wchodząc sobie w paradę. Tubylcy starają się omijać te gady szerokim lukiem, czasami jednak się nie da. Dwa tygodnie temu, koleżanka z pracy miała bliskie spotkanie z tym gatunkiem. Byl na jej podwórku, przy samym domu. Jako, że Courtney ma dwójkę małych dzieci nie mogla zostawić go w spokoju. Oczywistym jest, ze szansa na przeżycie ukąszenia przez dziecko jest kilkukrotnie niższa niż przez osobę dorosłą. Waż mógłby wpełznąć w jakąś szczelinę i tam sobie odpoczywać nawet parę dni, a niczego nieświadome dziecko mogłoby wsadzić tam rękę i go rozwścieczyć. Eastern Brown Snake potrafi być bardzo agresywny i szybki. Courney wiec, wzięła szpadel i jak to matka, rzuciła się na węża krojąc go na kawałeczki w furii. Przedsięwzięcie te chociaż niebezpieczne, było skuteczne. Był to 3 zabity przez nią gad w ciągu 5 lat mieszkania w Streaky Bay. Ze względu na dzieci, nie miała wyboru. Jednak oczywiście nie powinno się tak postępować. Kiedy zobaczymy jakiegokolwiek węża, powinniśmy obrócić się na pięcie i baaardzo spokojnie odejść. Dlaczego? Bo biegnąc wprowadzamy "podłoże" w wibracje, które wąż od razu wyczuwa i zaczyna nas gonić. A uwierzcie mi, nie chcielibyście się z nim ścigać. Jeśli zostawimy go w spokoju, zazwyczaj po prostu popełznie w swoja stronę. Jeżeli jest to na naszym podwórku, warto też zadzwonić do "specjalisty", który sprawdzi wszelkie szczeliny dookoła domu i w razie czego unicestwi bestie. 


Czy na codzien węże stanowią dla nas problem? Po prostu wiemy, że musimy na nie uważać. Nie wchodzić w trawy po kolana, patrzeć pod nogi, uważać na psy kiedy wychodzimy z nimi na spacer, nie wkładać rąk miedzy kamienie czy w szczeliny. Istnieje tez specjalne urządzenie, które "wtyka" się w ziemie, przy domu czy namiocie. Emituje ono ultradźwięki, które powinny odstraszyć wszelkich nieproszonych gości. Czy działa? Nie wiem. Profilaktycznie jednak można spróbować. Szczególnie, że w Australii żyje 20 z 25 najbardziej jadowitych węży na świecie.


Co jeszcze może nam zagrażać? Oczywiście pająki. Jednak szczerze powiedziawszy ich mit jest trochę rozdmuchany. Prawdą jest, że w Australii można spotkać jedne z najbardziej jadowitych pająków na ziemi. Jednak z tego co wiem, spotkanie ich jest rzadkością. Pająk najczęściej pojawiający się w domach to Huntsman, który jadowity nie jest. Jest wielki i obrzydliwy, jednak tubylcy są tak do niego przyzwyczajeni, że często po prostu "zostawiają go w spokoju". Dzieci nadają mu imię jak dla zwierzaka domowego lub wynoszą w wiaderku na zewnątrz i uwalniają.


Jedynym "popularnym" jadowitym pająkiem, o spotkaniach z którym słyszałam i przed którym wszyscy nas ostrzegają, jest niejaki Redback - bliski kuzyn czarnej wdowy. Samica jest łatwo rozpoznawalna przez jej czarny korpus z widocznym czerwonym paskiem w górnej części jej brzucha. Pająk ten może zaskoczyć swoim rozmiarem - nie jest to wielgachny włochaty stwór, wręcz przeciwnie. Samice mają długość ok. 1 cm, natomiast samce JEDYNIE 3-4 mm. O Redbacku krążą mity, jest to jeden z najbardziej jadowitych pająków na świecie i wymieniany jest jako śmiercionośny razem z innymi Australijskimi bestiami. Czy jest to prawda? Nie. Jak zwykle nie takie to straszne jak nam malują.


Redback. Fot. http://www.13bugs.com.au

Ukąszenie jest bardzo bolesne i oczywiście nie jest przyjemnym doświadczeniem. Wśród symptomowi wymienia się silny ból, opuchliznę, w cięższych przypadkach powiększenie węzłów chłonnych, bóle brzucha, głowy, bóle zamostkowe, gorączkę, nadciśnienie, zimne poty, drżenia mięśni i śmierć. Jednak przy podaniu surowicy, nie notuje się przypadków śmiertelnych, właściwie w całej historii było ich jedynie kilkanaście. Często wystarczy jedynie paracetamol i zimne okłady, jedynie w około 20% przypadków potrzebna jest interwencja lekarza. Maleństwo te można spotkać w piwnicach, garażach, między kamieniami, w szczelinach domów itp. 


Oczywiście podczas każdego wypadu na camping trzeba być uważnym i po prostu myśleć. Kazdy namiot ma zabezpieczenie w postaci siatki, którą po prostu trzeba dokładnie zamykać. Koniecznym jest zaopatrzyć się w wysokie buty i nie wkładać paluchów tam gdzie nie trzeba. Jeżeli nie będziemy kusić losu, marne są szanse na nieprzyjemną randkę z australijskimi pająkami.


Pająki i węże chociaż wywołują najwięcej emocji nie są jedynym zagrożeniem. Australia jest pod względem swojej fauny unikalna i po prostu trzeba ja szanować. Przed każdym wyjazdem na urlop, powinniśmy sprawdzić jakie niebezpieczeństwa czyhają na nas w danym miejscu oraz jak się przed nimi uchronić. My wiemy, że w naszej okolicy jest mnóstwo rekinów - żarłaczy białych. Skoro posiadamy taka wiedzę, nie kusimy losu i nie wchodzimy do wody w miejscach do tego nieprzeznaczonych. Jeśli już chcemy zobaczyć ludojada na własne oczy, istnieją bezpieczne formy. W Port Lincoln znajduje się firma, specjalizująca się w organizacji pływania z rekinami. Co ciekawe aby zachęcić żarłacze do podpłynięcia do metalowej klatki w której umieszczeni są turyści, firma ta wykorzystuje fale dźwiękowe, serwując rekinom UWAGA.. muzykę AC/DC. I pomaga. Spotkanie z żarłaczem gwarantowane. (Nurkowanie z rekinami). Na terenach na których występują krokodyle (szczególnie największe na świecie krokodyle różańcowe) wiadomo, że radosne pluskanie się w jeziorku może skończyć się co najmniej utratą kończyn. Ja osobiście uważam, że wiekszosc wypadków powodowana jest głupotą ludzi, a zwierzęta zazwyczaj wolą trzymać się z daleka od człowieka i nie atakują jeśli nie zostaną sprowokowane. Miesiąc temu w australijskiej telewizji głośno było o śmierci mężczyzny, który podczas swojego przyjęcia urodzinowego postanowił po paru głębszych, popływać w rzece słynącej z obecności 5 metrowych krokodyli. Niestety kąpieli tej nie przetrwał, bo stał się lunchem dla jednego z tych wielkich gadów (TVN meteo o biesiadniku zabitym przez wielkiego krokodyla różańcowego) Dwa tygodnie później, pewien turysta stal się sławny na cały świat, za sprawą jego "gry w berka" z kolejnym wielkim gadem. Spędził 2 tygodnie na bezludnej wyspie, czekając na ratunek i chowając się od polującego na niego wielkiego krokodyla (TVN meteo o historii biednego kajakarza). Krokodyli na szczęście "u nas" nie ma.

W Port Lincoln zaopatrzyliśmy się w namiot, śpiwory, materac, przenośną kuchenkę gazowa, latarki, zestaw plastikowych naczyń, trochę przewodników turystycznych i parę duperelek jak linka, płaszcze przeciwdeszczowe, ochronne siarki na twarz. Mamy nadzieje wkrótce wybrać się na prawdziwe biwakowanie w prawdziwym australijskim buszu, nie zważając na niebezpieczeństwa, stawiając czoła wszelkim istotom czającym się w dziczy. W przyszły weekend próba generalna, pojedziemy w jakieś "spokojne" miejsce i po prostu spróbujemy rozstawić namiot i spędzić tam noc. Trzymajcie kciuki, żebyśmy wrócili żywi, nie pokąsani :)



niedziela, 29 września 2013

Whale hunters! - czyli Z. i E. polują na wieloryba



Właśnie wróciliśmy. Była to jedna z najbardziej ekscytujących podróży jakie dotąd było nam dane odbyć. Co najśmieszniejsze, była to także wyprawa, która jako jedna z nielicznych nie posiadała żadnego planu. Dlaczego? Bo mój misterny plan legł w gruzach..


Otóż dwa tygodnie temu, zaczęłam się zastanawiać nad prezentem na urodziny Z. Los mi sprzyjał, bo jego święto przypada w tym roku w niedziele, 6 października, a to natomiast jest australijski długi weekend (poniedziałek jest świętem narodowym, tzw. Labour Day na cześć ustanowienia 8-godzinnego czasu pracy). Nie chciałam kupować mu skarpet, czy przyrządzać uroczystej kolacji. Chciałam zaplanować coś wyjątkowego. Przeszukując internet w poszukiwaniu inspiracji natknęłam się na informacje, że 300 km od nas, w wioseczce Fowlers Bay, znajduje się Eco Park i punkt obserwacji wielorybów, które od maja do października koczują tam płodząc się i rodząc potomstwo. To jest to! Coś wyjątkowego, coś niezapomnianego, wspaniały prezent! Wypełniłam formularz zgłoszenia na 4 godzinny rejs po oceanie z widokiem na wieloryby i ich dzieciaczki. Zadowolona z siebie, czekałam jedynie na potwierdzenie rezerwacji.


Telefon zadzwonił w ten piątek. "Z przykrością informujemy, że wieloryby zwijają manatki. Nie wiemy co się stało, ale w tym roku zaczęły migrować o miesiąc za wcześnie. Wczoraj było ich ponad 30, dziś jest już jedynie około 15. Niestety odwołujemy wszystkie zabukowane rejsy, ale jeżeli się Państwo pospieszą i przyjadą jutro to możliwe, że będą mieli Państwo okazje zobaczyć ostatnie sztuki z klifów." 


DLACZEGO? Nawet wieloryby ze mną nie współpracują. Źle im było? Nie mogę czekać do następnego maja żeby je zobaczyć. Tyle naopowiadałam dla Z. jaki to wspaniały prezent dla niego mam, jaka niesamowita niespodziankę...


Z. wrócił z pracy. Sytuacja nie pozostawiła mi żadnego wyboru.. wszystko mu opowiedziałam. Szybka dyskusja i decyzja. W sobotę, po pracy jedziemy polować na ostatniego wieloryba który jeszcze nie odpłynął. A ja, na prezent będę musiała wykorzystać plan B.


Sobota. Z. pojechał do pracy a ja rozpoczęłam wielkie pakowanie. Jako, że nie zarezerwowaliśmy żadnego hotelu ani kempingu, musiałam przygotować nas na nocleg w dziczy. Nie wiedzieliśmy czy w Fowlers jest jakiekolwiek miejsce do spania, czy jest to jedynie zatoka z Eco Parkiem i trzema farmami dookoła. To mnie w Aus ciągle zaskakuje, bo nawet tak niesamowite miejsca w większości nie są kompletnie przygotowane na turystów. W Polsce dookoła pobudowano by restauracje, spa, hotele i wielkie szyldy z napisem: TO WŁAŚNIE TU MOŻNA ZOBACZYĆ WALENIA. W kraju kangurów natomiast, w jakimś kompletnie odjechanym i niespotykanym miejscu, można znaleźć krowy, owce i rozwalona chatkę, żadnej informacji turystycznej, dwa zniszczone znaki drogowe i nic więcej. Wiec zapakowałam: ręczniki, kołdrę, dwa koce, poduszki, trochę żarełka, dwie paczki fajek bo to przeżycie miało być nad wymiar ekscytujące. Pakowałam szybko, bo i szybko musieliśmy wyjechać. Z. wrócił około 12-stej. Byłam przygotowana. Wrzuciliśmy wszystko do bagażnika i wyruszyliśmy.



Podekscytowana podrożą.

Podroż minęła dosyć szybko, bo nie zatrzymywaliśmy się nigdzie. Około 14:30 dotarliśmy do Fowlers Bay. Szczęśliwi, że jesteśmy wcześnie a pogoda jest piękna, znaleźliśmy biuro Eco Parku. Pani zza lady przywitała nas wielkim "I am sorry..." i w tym momencie wiedzieliśmy już, że wszystkie wieloryby zwinęły manatki i udały się w dalsza drogę. Zaczęliśmy intensywnie wypytywać, czy jest jakiś sposób żeby je przegonić.. bo musimy je zobaczyć i nie spoczniemy póki nam się nie uda. Przemiła kobietka wyciągnęła mapę i zaczęła jeździć po niej palcem. Okazuje się, że następne 200 km od Fowlers, na kompletnym, NA SERIO KOMPLETNYM, zadupiu, nad Wielką Zatoką Australijską, znajduje się tzw. Head of the Bight - czyli de facto "głowa" tejże zatoki. Jest to największe skupisko wielorybów i podczas kiedy w sezonie w Fowlers jest ich około 50, w Head of the Bight potrafi ich być ponad 300. Powiem szczerze, że nasze szczęście mieszało się z rozpaczą.. bo weekend jest krótki a ponad 500 km w jedna stronę to dosyć dużo.. Długo się nie zastanawialiśmy. Jedziemy! Blondynka z Eco Parku wytłumaczyła nam, że musimy kierować się do wioski Nullabor, która znajduje się 10 km za Head of the Bight. Możemy tam spędzić noc, a rano udać się na obserwacje. Wróciliśmy do samochodu. Próbując ustalić kierunek, zorientowaliśmy się, że nasza nawigacja nie wie gdzie owe Nullabor się znajduje, ani inne wioski które mogłyby być naszym kierunkowskazem. Kupiliśmy mapę. Zaskakująco szybko, jak na nas, odnaleźliśmy właściwą drogę. Za jakieś 2 godziny będziemy na miejscu.



Uwaga na kangury i wombaty, przez następne 79 km!

Wombaty to zwierzątka spokrewnione z misiem koala. Wyglądają jak połączenie koali i małej świnki.


Uwaga na kangury, wombaty i WIELBŁĄDY! Następne 92 km ^^


Wielbłądy zostały przywiezione do Australii w XIX wieku z Indii, głównie by pomagać w transporcie na terenach centralnej, pustynnej Australii. Niestety po tym, jak przestały być użyteczne, zostały wypuszczone na wolność. Namnożyły się cholernie i zdziczały (w 2009 roku, dzikich było około miliona) i teraz trzeba ich liczbę redukować, bo powodują bardzo groźne wypadki drogowe i zagrażają naturalnej, rodzimej faunie i florze.


Na naszej drodze szczęśliwie wielbłąda nie spotkaliśmy. Oczywiście masa potraconych kangurów i wombatów na poboczach. Co ciekawe, "kangurzyna" jest w Australii bardziej popularna niż wieprzowina. W każdym supermarkecie obok steku z krówki, znajdziemy stek z kangura. Cały czas słyszymy, że jest to najchudsze mięso, najzdrowsze i ogólnie najpyszniejsze. I jeżeli farmer potrąci kangura, zazwyczaj mięsa nie marnuje... Chociaż brzmi to okropnie, określenie "road meat" czyli mięso z drogi jest tu bardzo popularne wśród miejscowych.


Do Nullabor dojechaliśmy około 17:00. Początkowo je przeoczyliśmy i popędziliśmy dalej.. ale coś nas tknęło żeby zawrócić kiedy zobaczyliśmy znak "Następny sklep za 800 km". Powiem szczerze, że nie jestem zdziwiona, że nasza nawigacja nie miała Nullabor w swojej bazie. Populacja - 10 osób. Motel, stacja benzynowa, bar. Wszystko w jednym budynku. Na zapleczu - mieszkania pracowników. Ot co, czego więcej do szczęścia potrzeba. Poszliśmy do motelu. Pan przywitał nas wielkim uśmiechem. - Ile za pokój? - Mamy ostatnie dwa wolne, 250$. Tutaj nadmienię, że dla przykładu w Adelaide płaciliśmy 80$. Czego tu się spodziewać, po środku niczego. Przejeżdżający nie mają wyboru i płacą. Do najbliższego motelu w kierunku "Streaky" jest 250 km, a w drugą stronę.. jakieś 600 km. Jestem sknerą i zrzędą, wiec wszczęłam bunt. Płacić nie będę, śpimy w samochodzie. Przygotowaliśmy nasze "łoże" w bagażniku i udaliśmy się do baru.



W barze w Nullabor znalazłam na ścianie polska dyszkę!

Po paru partyjkach w bilarda (które oczywiscie wszystkie wygrałam) i paru piwkach, udaliśmy się do naszego hotelu.




Poranek był ciężki. Ja obudziłam się chwile po 5 rano, Z. kolo siódmej. Ogarnęliśmy się, wypiliśmy szybką kawkę i wyruszyliśmy w kierunku Head of the Bight. Całe nasze trudy, zostały wynagrodzone. Ostatnie wieloryby, lenie patentowane, dalej pływały sobie przy klifie, nie myśląc nawet o migracji gdziekolwiek. Było ich około 30-40, dla mnie wystarczyłby nawet jeden!



Polowanie zakończone sukcesem!


Wielka lornetka i ja.


Mama wieloryb i dzidzia wieloryb.




Z wielorybami spędziliśmy prawie dwie godziny. Ale ja mogłabym tam zostać cały dzień. To jedne z najbardziej niesamowitych i magicznych istot jakie miałam okazje oglądać. Matki z młodymi, pływające dosłownie parę metrów od klifu. Ogromne i silne, a jednocześnie piękne i jakby nie z tego świata. W swoim naturalnym środowisku, nieświadome faktu, że corocznie tysiące ludzi przyjeżdża na te pustkowie tylko po to, by na nie popatrzeć.


Zaczęło się robić gorąco. Powiedziałabym, że nawet bardzo... Z. zaczął marudzić, że jest senny i wszystko go boli, po nocy spędzonej w bagażniku. Wyruszyliśmy dalej. Na zewnątrz 38C, w samochodzie przyjemna i chłodna klimatyzacja. Po około 250 km zorientowałam się, ze Z. z trudem otwiera oczy. Spojrzałam na mapę, byliśmy tuz obok Penong.. w połowie drogi do Streaky Bay. Małym druczkiem tuż obok Penong znajdował się napis - Cactus Beach. Gdzieś już słyszałam tą nazwę... a poza tym to świetna okazja do odpoczynku. Z. prześpi się na plaży, a ja rozprostuje kości i pobiegam z Harnaskiem.. Tyle, że żaden znak nie wskazywał nam kierunku. Zatrzymaliśmy się, żeby spytać miejscowego przechodnia. Wskazał nam polną, niepozornie wyglądającą drogę. Skręciliśmy.


To co nas spotkało.. to najpiękniejsza i najbardziej nieprawdopodobna rzecz jaką widziałam w swoim życiu. Po około 10 kilometrach na naszej drodze wyrosło z podziemi jezioro. Droga przecinała je dokładnie w połowie. Sęk w tym, że nie było to zwykle jezioro.. po jednej stronie drogi mieliśmy wodę o kolorze błękitnym, po drugiej natomiast jedno z niewielu na świecie RÓŻOWE JEZIORO. Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że parę miesięcy temu czytałam o różowych jeziorach na portalu World Geography i marzyłam żeby kiedyś je zobaczyć. W życiu nie spodziewałabym się, ze trafimy na taki cud przypadkiem, prowadzeni zmęczeniem i wskazówką od miejscowego farmera..













Wyczytałam, że woda jest różowa dzięki szczególnie dużemu zasoleniu. Podziwialiśmy ten cud przez kolejne 20 minut, z otwartymi buziami i niesamowita radością w sercach.


Niebywale szczęśliwi odjechaliśmy na plażę.. Z. pospał 30 min w samochodzie, bo słonce było tak silne, że po 10 minutach na powietrzu zostałaby z nas skwarka. Niemożliwym było wyjście na zewnątrz.. Po krótkiej chwili wytchnienia, ruszyliśmy do domu. Oczywiście, zrobiliśmy jeszcze mały przystanek w Cedunie, żeby posilić się pysznymi gołąbkami w naszej ulubionej restauracji. Do domu dojechaliśmy po 18:00. Z. zapadł w sen zimowy i prędko go pewnie nie wybudzę..To był intensywny weekend, ale jeden z najpiękniejszych w moim życiu...

środa, 11 września 2013

Pechowy wtorek, czyli czego nie robic w Australii.



No i nadszedł ten dzień. Dzień, na który "czekałam" od dawna, który napawał mnie strachem, którego nie chciałam przeżywać. Dzień, w którym odwiedził mnie ON. Wielki, włochaty, obrzydliwy pająk. Dzień, w którym prawie porwał mnie ocean. Dzień, w którym grzałam się pod 3 kocami i kołdra a Z. chciał mnie wieźć do szpitala. Moje wczoraj.


Zacznę od początku, bo historia z pająkiem była jedynie częścią wspaniałego dnia wczorajszego. Rano, jako że miałam wolne, postanowiłam iść z Harnasiem na spacer nieco dłuższy niż zazwyczaj... pomyślałam, że przejdę się na półwysep Cape Bauer o którym pisałam w poprzednim poscie. No i wyruszyliśmy. Pełni zapału, z uśmiechem na ustach i mordach. Ostatni tydzień był dla mnie ciężki, więc miałam ochotę się po prostu "wyżyć", zmęczyć, wyładować swoje frustracje. Postanowiłam, że będę szła tak długo, aż poczuje się lepiej. No i szłam, od 9 rano. Było dosyć wietrznie, więc po pierwsze, nie czułam słońca, a po drugie, muchy nie nadążały mnie gonić bo były hamowane przez wiatr. Doszłam do półwyspu, szłam dalej, znalazłam małą rzeczkę z mostkiem, szłam dalej... i dalej. Oczywiście jak to ja, nie mogłam iść prosto ścieżką - jak człowiek, bo zobaczyłam dziką plaże. Zlazłam po kamieniach na dół w miejscu gdzie klif był niziutki, żeby dać Harnasiowi się wybiegać. Szłam i szłam wzdłuż oceanu, buty pełne piachu. W pewnym momencie, może godzinę później, plaża się skończyła. Poczułam, że wiatr jest silniejszy. Cholera. Ta plaża jest coraz węższa i węższa. Co się dzieje. Spojrzałam na zegarek. Jedenasta. No to jestem daleko od domu. Zawróciłam. Kiedy znalazłam się w tym przepięknym miejscu, brzeg był szeroki na mniej więcej 10 metrów. Klif, 10 metrów piachu usłanego meduzami i kamieniami i ocean. Teraz było go połowę. Woda zaczęła wzbierać a fale były coraz większe i sięgały coraz dalej w głąb. No to przerąbane. Biegnę, BO MNIE ZARAZ ocean ukradnie. Ale biec się za bardzo nie dało, bo piasek był sypki. Pomyślałam, że najbardziej rozsądnym będzie zadzwonić do Z. żeby po mnie przyjechał a jednocześnie iść jak najszybciej w stronę "ścieżki". BRAK ZASIĘGU. No i dupa. Dupa, dupa, dupa. Zawsze muszę się wpakować. Starałam się jak mogłam, zapadając się w piachu, uratować swoje mierne dupsko przed zatopieniem. Po 40 minutach walki, doszłam do miejsca w którym mogłam się bezpiecznie wspiąć. Z wiatrem we włosach, już spokojnie, powędrowałam z powrotem do domu. Obolała, wkurzona i spocona doszłam najpierw do apteki (żeby się przywitać) a później do naszej willi na polu. Marząc tylko o wygodnym fotelu, zaczęłam szperać w torebce szukając kluczy. Nikt nie zgadnie... Bo to chyba największy niefart na świecie. Tadaam! Nie mam kluczy. 


Z przyzwyczajenia, nie zamykam drzwi kluczami tylko zatrzaskuje. I moje przyzwyczajenie mnie zgubiło. Na szczęście na moim polu, zasięg można znaleźć. Z. przyjechał po 10 min., otworzył mi garaż "klikając z samochodu". Nawet nie wysiadł, bo musiał wracać do apteki. Byłam uratowana. A przynajmniej myślałam, że jestem.


W domu zrobiłam sobie kawkę i zrelaksowana usiadłam przed laptopem. Porozmawiałam z rodzicami, przeczytałam najnowsze newsy, odpowiedziałam na maile. W pewnym momencie zaniepokojona dziwnym zachowaniem Harnasia, postanowiłam sprawdzić czemu piszczy i szczeka przy kuchennych drzwiach na taras. Cała ściana jest przeszklona i można ją otworzyć jak rozsuwane drzwi. Za szkłem znajduje się druga "ściana"/drzwi, stworzone z siatki. To tzw. screan, który ma uchronić przed nieproszonymi gośćmi, czyli pająkami, robalami, wężami, myszami, jaszczurami itp. Ale chroni, jedynie jak się go zamknie do końca. Dokładnie... Nie zamknęłam. Niechcący zostawiłam może centymetr czy dwa...


Mój nowy zwierzak domowy.


I nawiedził mnie. Jeszcze dziecko. Jakieś 8-9 cm. Nieduży, jak na jego gatunek. Huntsman. Dlaczego taka nazwa? Hunt czyli polować, man czyli człowiek. Auć. Huntsman nie jest jadowity, jednak rocznie powoduje tysiące wypadków drogowych. Jak? "Chowa się" w samochodzie i nagle na autostradzie, gdzie jedziesz z prędkością 110-120 km/h, spada Ci na głowę albo wchodzi w nogawkę. Jest niezwykle szybki. I bydlak z niego jakich mało. Niektóre gatunki w Azji osiągają nawet 25-30 cm.




Oczywiście jak wszelkie obrzydliwce, musi być także stałym rezydentem Australii. Słyszałam wiele historii o próbach wynoszenia Huntsmana z domu, bo przecież to pożyteczny pająk, który zje wszystkie inne jadowite, bo jest wielkim bydlakiem. Zawsze, ZAWSZE powtarzałam, że ja się z nim NIE zaprzyjaźnię. Po przyjeździe do Streaky Bay pierwszą rzeczą jaką zrobiliśmy, było spryskanie domu i podwórka specjalnymi chemikaliami, unicestwiającymi tego typu stworzenia. Nazywa się to "pest control". Okazało się też, że człowiekiem odpowiedzialnym za powyższą "brudna robotę" w naszej wsi jest sąsiad "zza płota". Po wykonaniu przez niego zlecenia, z wdzięczności upiekłam mu muffinki. A dobro zawsze powraca.

Po obejrzeniu mojego nowego domownika ze wszystkich stron, opublikowaniu jego zdjęcia na facebooku i wysłuchaniu rad, że nie powinnam go zabijać tylko potraktować zmiotka i wymieść na zewnątrz, postanowiłam: TO OBRZYDLISTWO MUSI SKOŃCZYĆ ŻYWOT, BO NIE ZASNĘ. Pobiegłam do Petera zza płotu. Otworzył mi uśmiechnięty. Wykrzyczałam mu z łzami w oczach, że mi potwor do domu wlazł i że błagam żeby go zabrał i ze upiekę następne muffinki .. a on się śmieje. 

Rozmowa:
P: hehe, wy obcokrajowcy to jesteście zabawni, hehehe
Rzeczywiście. Ha. Ha. Ha.
E: Mógłby mi Pan pomoc? Proszę.
P: Nie martw się, spryskałem dom niecały tydzień temu potrójną dawka trucizny, tak jak prosiliście. Obserwuj żeby nigdzie nie zwiał i w ciągu 2h powinien być martwy. 
E: A jak nie? Albo jak ucieknie gdzieś?
P: To przyjdź znów. 

No dobra. Wróciłam do domu. Patrze na pająka, a mu się już przednie nóżki złożyły. Myślę sobie.. hm.. chyba działa. Po kolejnych 40 minutach, trzymał się ściany już tylko jedna nóżką. Później odpadł zupełnie i spadł na plecki na kuchenna posadzkę. Tak skończył żywot. W ciszy. Bez huku kapcia. W spokoju. Nasz Huntsman.

Z. wrócił do domu. Okazałam mu ciało, z duma że przeżyłam to sama i nie potrzebuje nawet wsparcia psychoterapeuty. Uciekł do innego pokoju. 

Popołudniu, byłam strasznie zmęczona. Prawie 20 kilometrowy poranny spacer i przygoda z pająkiem wyssały ze mnie cala energie. Położyłam się z laptopem na kolanach. Z. popatrzył na mnie podejrzliwie. Było mi strasznie zimno. Przykryłam się jednym kocem, później drugim.. Później zaczęłam się trząść. Moj farmaceuta zaczął dociekać co się dzieje.. Podał mi termometr. Kiedy wyciągnęłam rękę z pod wszelakich "ocieplaczy", aż krzyknął. Była purpurowa. Podobnie jak i mój dekolt i plecy. Podczas porannego spaceru, przez wiatr nie czułam słońca. Nie nałożyłam żadnego kremu z filtrem. Zważywszy na to, że mamy jeszcze końcówkę zimy i ludzie przy 20C chodzą w płaszczach, nie spodziewałam się opalenizny. Poparzyłam się. Poważnie. Australia ma najwyższy na świecie odsetek nowotworów skóry, bo promienie UV są tu tak silne. Mówi się, że słynna "dziura ozonowa" jest właśnie nad nami. Krem to podstawa i powinnam o nim pamiętać bez względu na wszystko... Zostałam potraktowana tysiącem maści i pigułek, bo taka dola narzeczonej farmaceuty. Mimo tego, Z. był przerażony, bo do 1 w nocy majaczyłam "zimno.. ziiimno.. zimnooo".. A jednocześnie, jako twardziel z Polski, wyraźnie odmawiałam wycieczki do szpitala, twierdząc, że nie takie tragedie przeżyłam i będę cała i zdrowa.

W końcu zasnęliśmy. Dziś był dobry dzień. Normalny. Na szczęście.

...

niedziela, 8 września 2013

Ostatni tydzien.



Ostatni tydzień upłynął jak z bicza strzelił. Wybory, depresja, tęsknota, wybory, płacz i jęki, nowy premier. Jak w kalejdoskopie. Emigracja nigdy nie będzie tylko piękną bajką. Żeby nie wiem jak starać się czerpać z niej jak najwięcej dobrego, czasami przychodzi po prostu CHOLERNA tęsknota za domem. I złapało mnie. Poważnie. Cały tydzień, 7 dni. Harnaś cierpiał bo spacery były krótsze, Z. cierpiał bo kontakt z zamyśloną mną był poważnie ograniczony. A ja po prostu musiałam sobie potęsknić. Musiałam pomyśleć, przeboleć, żeby przeszło. Nie przeszło. Jeszcze. Ale przejdzie jak zawsze. W końcu, zapewne szybciej niż myślę.

Kocham Australię, ludzi, styl życia. Ale chyba inaczej jest jak planujesz emigracje. Jak jesteś zły na swój kraj i po prostu chcesz uciec. Ja zła nie byłam i żyło mi się dobrze. Podjęłam decyzje, która według wszelkich aspektów, dla nas obojga była najlepsza. Nigdy nie będę jej żałować i jest tu wspaniale. Nie zmienia to faktu, że czasami po prostu brakuje mi znajomych twarzy na ruchliwych ulicach, mówienia w swoim własnym języku, obiadów u babci, kłócenia się z mama, Wojciecha w CAŁOŚCI i browara z Elena czy Mariuszem na "Strychu". W sumie to browara z kimkolwiek, gdziekolwiek byleby po polsku. Moich przyjaciół i ich psów co są mądrzejsze ode mnie (Ta której imienia nie można wymawiać :*). Lipowej. Balkonu na Sukiennej. Mojego wkurzającego brata, od którego wydębić uśmiech to zadanie graniczące z cudem, a mi parę razy się udało. Drobnych rzeczy. Po prostu. Po ludzku.

Za starym przysłowiem "Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej". Problem w tym, że Australia, to nie Londyn czy Paryż. Od domu dzieli mnie 30-godzinny lot i przynajmniej 3000$. Faktem jest, że mieszkam teraz w "raju" na ziemi, ale ten raj mógłby być trochę bliżej Polski. CHOLERA.

Dość. Z. ku poprawie mojego nastroju, zabrał mnie dziś na krótką wycieczkę. Cape Bauer to malutki półwysep położony 2 km od Streaky Bay. Objechanie go "w całości" to około 40 km. Niby mały i na zadupiu ale przyciąga turystów z całego świata, bo można tu zobaczyć prawdziwe niezwykłości stworzone przez naturę. Problem w tym, że zaczyna się wiosna i wszelkie krwiopijcze stworzenia są teraz plaga, Nasza wycieczka była bardziej "bieganą" i "machaną" gonitwą niż kontemplacją otaczającego nas piękna.


Pierwszy przystanek: Hally's Beach. Od razu nam mówią, żeby uważać na węże, bo to także ich dom.


Oczywiście mój wierny towarzysz podroży Harnaś, musiał mieć trochę frajdy. Wiec się z nim mocowałam i ganiałam do utraty tchu.

Formacje skalne na Hally's Beach i moja ucieszona mordka.




Po plaży jak wspomniałam biegaliśmy, odganiając się od spragnionych naszej krwi much. Dobiegliśmy do samochodu po 30 minutach i powiem szczerze ze to i tak było długo, zważywszy na panujące warunki. Ruszyliśmy dalej, do znanych już nam "świszczących skał" i "dmuchających dziur". Nie moja wina, ze brzmi to okropnie po polsku.


Whistling Rocks i Blow Holes.

Dlaczego WHISTLING ROCKS? Wystarczy posłuchać.




Blow Holes to natomiast dziury w klifie z których "wystrzeliwuje" woda jak z małej armatki ^^

Mała dziurka w klifie.
I tak po 1.5h zakończyliśmy przygodę, bo obsiadły nas muchy. Wróciliśmy do domu.

Co do wyborów, Tony Abbott został nowym premierem Australii. Co to oznacza dla nas? Zaostrzenie przepisów emigracyjnych, wiec jeśli ktoś ma plany, żeby emigrować do Aus. radze to robić jak najszybciej.

poniedziałek, 2 września 2013

Jaszczury i bezdroża.. czyli niedzielna wyprawa po zakupy.



Niedziela, dzień Boży. Jak to Z. zwykł powtarzać "powinno się zostać w łóżku i lenić się do wieczora". Oczywiście, taki był nasz początkowy plan. Niestety, zawsze jak sobie coś postanowię wychodzi zupełnie na opak.

Od 6 rano walałam się próbując zasnąć.. jeszcze godzinkę, dwie.. NIC. Wstałam. Posprzątałam. Wyszłam z Harnasiem. Wróciłam. Położyłam się w nadziei, że jednak dane mi będzie się zdrzemnąć. DUPA. Wzięłam prysznic, upiekłam muffinki, usiadłam. Na zegarku dopiero 9 rano a ja się nudzę.. okropnie. Jako że samolub ze mnie, zaczęłam swoja litanie: "Z.! Zeeeeeet! pora wstawać śpiochu!". Oczywiście niedziela, 9 rano to jak najbardziej jest pora, żeby jeszcze SPAĆ.. długo spać, ale przecież nie mogę się nudzić sama, wiec Z. musi pocierpieć ze mną. Będzie ciekawiej. Wiec z uporem maniaka wyśpiewałam ponownie, tym razem głośniej i bardziej stanowczo: "Zeeeeeeeeeeeeet!!! Wstawaaaj!". Jako że mój mężczyzna polski zna i rozumie, a nawet czasami używa, usłyszałam gniewne: "Jestem spiocho kur*a! Ce spat!".... Jak to uparciuszka, wiecznie hiperaktywna, po 20 minutach postawiłam go na nogi, skacząc i wołając "Wstawaj śpiocho!" (zachęcałam do tego tez Harnaska, ale ten jedynie szczekał i ślinił się po ścianach). W tym całym "burdelu", w końcu, w pół przytomny Z., spytał mnie "Eeeeh... Co ce?". I to był koniec. Wiedziałam, że teraz mogę "wydębić" wszystko. Opowiedziałam: "Nudzę się! Chce NA ZAKUPY!!!". Z mina, jakby ktoś go walną w brzuch, Z. poszedł pod prysznic.

Po 30 min. siedzieliśmy już wygodnie w samochodzie. Podjechaliśmy pod nasz wiejski supermarket o wdzięcznie brzmiącej nazwie IGA (po australijsku Aj-Dżi-Ej). Niestety, nie byłam usatysfakcjonowana w pełni. Zaczęłam marudzić, że chce na wycieczkę, że w domu nudno, że taki piękny dzień i w ogóle, że strasznie ale to strasznie proszę. Z. nie miał wyboru...

Kierunek CEDUNA, największe miasteczko w promilu 300 km. (dodam, że te największe miasteczko posiada imponujące 2500 mieszkańców). Z. niezadowolony, bo jedyny dzień wolny spędzi za kołkiem. Ja oczywiście - cała w skowronkach. Jedziemy.

Pogoda piękna, około 25C, słońce daje po oczach (chociaż u nas jeszcze zima). Nagle, 20 km od Streaky Bay, Z. daje ostro po hamulcach. Byłam pewna, że to reakcja na przyczajonego w krzaczorach kangura.. ale nie. Zobaczył wielkiego jaszczura i wiedząc, że jestem miłośnikiem tego typu stworzeń chciał mi go pokazać. Jechaliśmy autostradą, a tam nie można zachowywać się jak  "ślimak" wiec zaczęłam go uspokajać... "Na pewno zobaczymy jeszcze coś, spokojnie, mamy dużo czasu". Mój zawiedziony mężczyzna ruszył dalej.. ale tylko nie całe sto metrów, bo następny wielki jaszczur zagrodził nam drogę. Nie powiem co na początku mi przypominał swoim kształtem, bo byłoby to wysoce niestosowne.

Zdjęcie robione jeszcze z samochodu..Skojarzenia?




Pstryknęłam fotkę na szybkiego i ruszyliśmy dalej. Nagle, prawdziwa inwazja jaszczurów ogarnęła autostradę. Wymijaliśmy je co 100 metrów, dosłownie. Idzie se taki gagatek środkiem i w głębokim poważaniu ma innych użytkowników drogi. I tak przez kolejne 80 kilometrów, slalomem. Jak te stworzenie było dla nas nieznane i nigdy wcześniej go nie widzieliśmy, tak poznaliśmy je dosłownie na wylot. Na wskroś... bo ciał było tyle samo co i żywych chuliganów. I dowiedziałam się... że to "blue-tongue lizard", czyli jakaś jaszczura z gatunku niebiesko-językowych. Kiedyś słyszałam, że australijskie jaszczurki są potomkami dinozaurów.. ale na pewno nie spodziewałam się, że będą wyglądać tak:


Zaskoczony zdjęciem jaszczur, w Polsce nazywamy go:
Scynk krótkoogonowy ^^ mama Wikipedia mi podpowiedziała

Jaszczury towarzyszyły nam cala drogę, w mniejszym lub większym stopniu determinowały prędkość naszej jazdy. Po uspokojeniu szybkiego bicia serca, związanego z poznaniem nowego gada, przyszedł czas na zwiedzanie. 


Pierwszy przystanek - Haslam. Populacja - 50 osób. Mimo szczerych chęci.. niestety, nie przeżyliśmy tam żadnej przygody. Tylko much w cholerę, bo przy molo jest miejsce na grillowanie, wiec i dom wszelkiego robactwa.

Molo w Haslam.

Pomnik w Haslam i opis historii miasta.. a jako bonus kawałek starej linii kolejowej.


Po 10 minutach odganiania natrętów.. postanowiliśmy jechać dalej. Po kolejnych 30 km, zobaczyłam brązowy znak, na który polowałam. Brązowe drogowskazy w Południowej Australii, wskazują zazwyczaj jakieś niesamowite atrakcje przyrodnicze. Skręciliśmy wiec w kierunku "Point Brown". Myśleliśmy, ze dotrzemy na miejsce po 3-5 kilometrach, ale życie nie jest takie proste.. jest brutalne i niesprawiedliwe. Jechaliśmy i jechaliśmy. Pole z drogą po środku. Po 20 kilometrach zaczęliśmy się zastanawiać, czy może lepiej zawrócić. Po 1. z paliwem nigdy nie wiadomo (w Australii stacje benzynowe są co 150-200 kilometrów a z godzinami ich otwarcia tez jest rożnie, szczególnie, że jest niedziela), a po 2. nie mamy w domu nic do jedzenia a market w Cedunie zamykają o 16...

ALE NIE! Jedziemy dalej! Hej ho przygodo! Jakoś to będzie!

Po około 35 km. docieramy do punktu przeznaczenia. Było warto.




Szum fal rozbijających się o skały, kompletne nic dookoła. Tylko natura. Miałam nadzieje, że zobaczę wieloryba, bo Point Brown znajduje się na "ich drodze". Niestety, nie udało się. Mimo wszystko, w takich miejscach czujesz jedynie spokój i szczęście. Nic ci więcej nie trzeba.

Tuż obok Point Brown znajduje się, jak to Z. mówi, "miasto nazwane na moja cześć". Smoky Bay. Zrobiliśmy sobie tam krotka przerwę, żebym mogla wypalić pół paczki fajek przy molo, ku chwale mojego miasta i jego wspanialej nazwy. Co ciekawe, w Australii w niemal każdej, nawet najmniejszej wioseczce, znajdują się pomniki "wybudowane" na cześć zwykłych obywateli. Zazwyczaj są baaaardzo symboliczne. Nie tak, jak wiekszosc monumentów jakie zwykłam oglądać w Polsce - jakaś historycznie ważna postać - realistycznie wyrzeźbiony wielki człowiek z bardzo poważna mina. Tutaj wszystko jest "bliżej ludzi". Dla przykładu, w Port Lincoln jest słynny pomnik konia. Bo koń ten dla miasta jest ważny i należy mu się cześć i chwała. To nie żadna metafora. Normalny koń. Anglo-arab zdaje się. Makybe Diva, bo tak się zwie ta klacz, wygrała gonitwę "Melbourne Cup" trzy razy z rzędu! (muszę nadmienić, że na "Melbourne Cup" w Południowej Australii mamy święto narodowe i dzień wolny od pracy, tak prestiżowa jest to impreza). W Smoky Bay natomiast, jest pomnik upamiętniający tych, którzy zginęli w okolicznych wodach. Pomnikiem jest... "bocianie gniazdo".


Z. wczytuje się w tragiczne historie. I z przejęciem łapie się za głowę.

Oto oni. Barry zginął w wyniku eksplozji na statku, chociaż starał się dopłynąć do brzegu, Brian i jego syn utonęli, Stanley i Barry tez. Poula zżarł rekin, a Rees był łowcą krewetek i zginął w dziwnym wypadku na kutrze.

W Smoky, nawet ptaki wyglądały jak zjarane.. Zamiast latać czy pływać, siedziały w rządku na siatce umieszczonej w wodzie (przy każdym molo na wybrzeżu umieszczona jest specjalna siatka, odgradzająca przestrzeń, w której można pływać, bez obawy ze staniesz się fast foodem dla rekina).


Te duże to pelikany a te małe kormorany ^^

Zrelaksowani, opuściliśmy Smoky. Następne 20 kilometrów slalomu pomiędzy jaszczurkami. I znów. Brązowy znak. Laura Bay Conservation Park. Z. chciał zabłysnąć i mówi: "Jedziem do Parka Konserwowa Laura Bay". Przynajmniej się stara biedactwo... Powiem szczerze, że w tym momencie najadłam się strachu. Wjechaliśmy na NA PRAWDĘ POLNA drogę, położoną na zboczu klifu. Słyszałam jak kamienie spod kół osuwają się i wpadają do oceanu. Zaczęłam wrzeszczeć, że chce wracać, na co mój Z.: "No co ty! Taki z Ciebie łowca przygód! Nie boj się, rób zdjęcia, będziesz miała materiał na bloga ;)". Nie byłam w stanie wziąć aparatu do reki, trzymałam się kurczowo fotela.. jakby to w jakikolwiek sposób miało uratować mi życie podczas gdy nasz samochód spadałby z klifu do oceanu. Wrzeszczałam. Głośno. Ale zawrócić nie było jak, bo droga była naprawdę wąska a klif "kruchy" i każdy gwałtowny ruch, mógłby się skończyć tragicznie. Dojechaliśmy do końca. Plac i nie jest stromo. Jesteśmy uratowani. Zawrócimy. Ale .. trochę później bo skoro już tu jesteśmy żywi, na początek nacieszmy się widokami.


Z. podziwia ocean. W oddali wyspa. Pod nami jaskinie. 

Plac, który uratował nam dupska.

Czas dojechać w końcu do tej Ceduny. Z. marudzi mi nad głową: "Jestem głondny. Cem jeść!". Po 20 minutach nareszcie docieramy do celu. Z. zatrzymuje się przy pierwszej restauracji jaką zobaczył. Wchodzimy. Wita nas chudziutka i malutka kobieta około 50tki. Łamanym angielskim opowiada, co owa restauracja serwuje i jak przepyszne dania ma w swojej karcie. Pytamy skąd pochodzi. Z Jugosławii - odpowiada i patrzy na mnie wielkimi oczami, bo akcent mamy podobny. Mowie, że ja z Polski. Zaczyna się śmiać. Uradowana mówi coś w obcym języku do męża. I nagle pyta mnie "Do you want gołąbki?". Okazuje się, ze polskie gołąbki tzw. "cabbage rolls" robią furrore na australijskiej wiosce. Najpopularniejsze danie. Specjalność szefa kuchni. Najedliśmy się tak, że myślałam, że Z. będzie mnie musiał toczyć do samochodu jak wielką kulkę. Przetrwałam. Poszliśmy do spożywczaka, kupiliśmy jadło na następny tydzień. Wróciliśmy do domu, do naszego Streaky Bay, do sąsiadów owiec, do naszych pól i łąk. To było długie wyjście na zakupy.