wtorek, 8 października 2013

Camping w Australii - węże, pająki i inni goście.


Wróciliśmy z kolejnej podroży. Nie poszło tak, jak zaplanowaliśmy i zamiast w pięknym parku narodowym Gawler Ranges wylądowaliśmy w Port Lincoln, w naszym starym domu. Prawda jest taka, że na Gawler przygotowani nie byliśmy i szczęśliwie zdaliśmy sobie z tego sprawę. W parkach narodowych spanie w samochodzie niekoniecznie zda egzamin - przy 40C upale, bez żadnego schronienia, po prostu byśmy się ugotowali, bo jak wiadomo w "samochodzie-puszce" temperatura jest jeszcze wyższa a okien w nocy otworzyć nie można (chyba, że chcesz się obudzić z Huntsmanem na twarzy).. Poza tym nie mamy odpowiednich butów i siatek na twarz chroniących przed krwiożerczymi owadami, które w tym momencie roku, atakują Cie tysiącami nawet w "mieście". Postanowiliśmy wiec - jedziemy na zakupy, by być przygotowanym na każdy następny szalony wypad. I wyruszyliśmy do Port Lincoln, jedynej metropolii na naszym końcu świata, w której można się w cokolwiek zaopatrzyć.


Camping w Australii trochę różni się od tego w Polsce. Jednak muszę powiedzieć, że jest duuużo bardziej popularny. W każdej malej wiosce mamy pole namiotowe i miejsce dla przyczep campingowych. I ZAWSZE jest pełno ludzi. Australia kocha spokój i izolacje, być może dlatego Australijczycy każdy urlop spędzają jeżdżąc samotnie po kraju, odpoczywając i podziwiając widoki. Młode  małżeństwa z małymi dziećmi, starsi ludzie którzy dopiero przeszli na emeryturę i nie maja co ze sobą zrobić.. nie ważne. Każdy tutaj ma namiot czy przyczepę. Z naszej perspektywy może wydawać się to dziwne, bo cały czas słyszymy o zabójczych gadach czyhających w krainie OZ na każdym rogu żeby wpełznąć do domu/namiotu i Cie pożreć. Tutaj ludzie po prostu zaakceptowali swoja faunę i nauczyli się z nią żyć. I my też musimy się uczyć, jeśli nie chcemy by jakaś jadowita bestia ukąsiła nasze dupsko. Węże, pająki i inne stworzenia zagrażają nam nie tylko gdy wybieramy się "pod namiot", można je spotkać (i rzeczywiście spotyka się) także w terenach zabudowanych. Jednak gdy wybieramy się do buszu czy parku narodowego, mamy 100% pewność, że odwiedzi nas jakiś jadowity potwor. I TU NIE PRZESADZAM - 100%. Dlatego teraz trochę o niebezpieczeństwach - głównie tych żywych. Tych, które występują na codzien ale podczas biwakowania, szansa na ich spotkanie jest kilkunastokrotnie większa.


Do napisania tego posta natchnął mnie Marian - Eastern Brown Snake, spotkany przez nas w ostatni weekend. Waż ten jest drugim najbardziej jadowitym wężem na świecie, zaraz po Tajpanie Pustynnym, również występującym w Australii. Jego jad wywołuje biegunkę, zawroty głowy, zapaść lub drgawki, niewydolność nerek, paraliż i zatrzymanie akcji serca. Bez leczenia, ukąszenia mogą być śmiertelne. Czy oznacza to, że każde ukąszenie nas zabije? Nie koniecznie. Często jego atak jest "suchy", bez jadu, jedynie po to by odstraszyć. Bez podania surowicy szacuje się ze przypadków śmiertelnych jest ok. 10-20%.


My spotkaliśmy go podczas jazdy. Odpoczywał sobie po środku autostrady i nie straszne mu były samochody przejeżdżające obok. Zdjęcia robione z samochodu przy zamkniętych oknach :D


Charakterystyczna "głowa w eskę".


Uśmiech poprosimy :)

Niestety, to właśnie Eastern Brown Snake jest najczęściej spotykanym wężem na naszych terenach, z którym musimy nauczyć się żyć, ignorując się nawzajem i nie wchodząc sobie w paradę. Tubylcy starają się omijać te gady szerokim lukiem, czasami jednak się nie da. Dwa tygodnie temu, koleżanka z pracy miała bliskie spotkanie z tym gatunkiem. Byl na jej podwórku, przy samym domu. Jako, że Courtney ma dwójkę małych dzieci nie mogla zostawić go w spokoju. Oczywistym jest, ze szansa na przeżycie ukąszenia przez dziecko jest kilkukrotnie niższa niż przez osobę dorosłą. Waż mógłby wpełznąć w jakąś szczelinę i tam sobie odpoczywać nawet parę dni, a niczego nieświadome dziecko mogłoby wsadzić tam rękę i go rozwścieczyć. Eastern Brown Snake potrafi być bardzo agresywny i szybki. Courney wiec, wzięła szpadel i jak to matka, rzuciła się na węża krojąc go na kawałeczki w furii. Przedsięwzięcie te chociaż niebezpieczne, było skuteczne. Był to 3 zabity przez nią gad w ciągu 5 lat mieszkania w Streaky Bay. Ze względu na dzieci, nie miała wyboru. Jednak oczywiście nie powinno się tak postępować. Kiedy zobaczymy jakiegokolwiek węża, powinniśmy obrócić się na pięcie i baaardzo spokojnie odejść. Dlaczego? Bo biegnąc wprowadzamy "podłoże" w wibracje, które wąż od razu wyczuwa i zaczyna nas gonić. A uwierzcie mi, nie chcielibyście się z nim ścigać. Jeśli zostawimy go w spokoju, zazwyczaj po prostu popełznie w swoja stronę. Jeżeli jest to na naszym podwórku, warto też zadzwonić do "specjalisty", który sprawdzi wszelkie szczeliny dookoła domu i w razie czego unicestwi bestie. 


Czy na codzien węże stanowią dla nas problem? Po prostu wiemy, że musimy na nie uważać. Nie wchodzić w trawy po kolana, patrzeć pod nogi, uważać na psy kiedy wychodzimy z nimi na spacer, nie wkładać rąk miedzy kamienie czy w szczeliny. Istnieje tez specjalne urządzenie, które "wtyka" się w ziemie, przy domu czy namiocie. Emituje ono ultradźwięki, które powinny odstraszyć wszelkich nieproszonych gości. Czy działa? Nie wiem. Profilaktycznie jednak można spróbować. Szczególnie, że w Australii żyje 20 z 25 najbardziej jadowitych węży na świecie.


Co jeszcze może nam zagrażać? Oczywiście pająki. Jednak szczerze powiedziawszy ich mit jest trochę rozdmuchany. Prawdą jest, że w Australii można spotkać jedne z najbardziej jadowitych pająków na ziemi. Jednak z tego co wiem, spotkanie ich jest rzadkością. Pająk najczęściej pojawiający się w domach to Huntsman, który jadowity nie jest. Jest wielki i obrzydliwy, jednak tubylcy są tak do niego przyzwyczajeni, że często po prostu "zostawiają go w spokoju". Dzieci nadają mu imię jak dla zwierzaka domowego lub wynoszą w wiaderku na zewnątrz i uwalniają.


Jedynym "popularnym" jadowitym pająkiem, o spotkaniach z którym słyszałam i przed którym wszyscy nas ostrzegają, jest niejaki Redback - bliski kuzyn czarnej wdowy. Samica jest łatwo rozpoznawalna przez jej czarny korpus z widocznym czerwonym paskiem w górnej części jej brzucha. Pająk ten może zaskoczyć swoim rozmiarem - nie jest to wielgachny włochaty stwór, wręcz przeciwnie. Samice mają długość ok. 1 cm, natomiast samce JEDYNIE 3-4 mm. O Redbacku krążą mity, jest to jeden z najbardziej jadowitych pająków na świecie i wymieniany jest jako śmiercionośny razem z innymi Australijskimi bestiami. Czy jest to prawda? Nie. Jak zwykle nie takie to straszne jak nam malują.


Redback. Fot. http://www.13bugs.com.au

Ukąszenie jest bardzo bolesne i oczywiście nie jest przyjemnym doświadczeniem. Wśród symptomowi wymienia się silny ból, opuchliznę, w cięższych przypadkach powiększenie węzłów chłonnych, bóle brzucha, głowy, bóle zamostkowe, gorączkę, nadciśnienie, zimne poty, drżenia mięśni i śmierć. Jednak przy podaniu surowicy, nie notuje się przypadków śmiertelnych, właściwie w całej historii było ich jedynie kilkanaście. Często wystarczy jedynie paracetamol i zimne okłady, jedynie w około 20% przypadków potrzebna jest interwencja lekarza. Maleństwo te można spotkać w piwnicach, garażach, między kamieniami, w szczelinach domów itp. 


Oczywiście podczas każdego wypadu na camping trzeba być uważnym i po prostu myśleć. Kazdy namiot ma zabezpieczenie w postaci siatki, którą po prostu trzeba dokładnie zamykać. Koniecznym jest zaopatrzyć się w wysokie buty i nie wkładać paluchów tam gdzie nie trzeba. Jeżeli nie będziemy kusić losu, marne są szanse na nieprzyjemną randkę z australijskimi pająkami.


Pająki i węże chociaż wywołują najwięcej emocji nie są jedynym zagrożeniem. Australia jest pod względem swojej fauny unikalna i po prostu trzeba ja szanować. Przed każdym wyjazdem na urlop, powinniśmy sprawdzić jakie niebezpieczeństwa czyhają na nas w danym miejscu oraz jak się przed nimi uchronić. My wiemy, że w naszej okolicy jest mnóstwo rekinów - żarłaczy białych. Skoro posiadamy taka wiedzę, nie kusimy losu i nie wchodzimy do wody w miejscach do tego nieprzeznaczonych. Jeśli już chcemy zobaczyć ludojada na własne oczy, istnieją bezpieczne formy. W Port Lincoln znajduje się firma, specjalizująca się w organizacji pływania z rekinami. Co ciekawe aby zachęcić żarłacze do podpłynięcia do metalowej klatki w której umieszczeni są turyści, firma ta wykorzystuje fale dźwiękowe, serwując rekinom UWAGA.. muzykę AC/DC. I pomaga. Spotkanie z żarłaczem gwarantowane. (Nurkowanie z rekinami). Na terenach na których występują krokodyle (szczególnie największe na świecie krokodyle różańcowe) wiadomo, że radosne pluskanie się w jeziorku może skończyć się co najmniej utratą kończyn. Ja osobiście uważam, że wiekszosc wypadków powodowana jest głupotą ludzi, a zwierzęta zazwyczaj wolą trzymać się z daleka od człowieka i nie atakują jeśli nie zostaną sprowokowane. Miesiąc temu w australijskiej telewizji głośno było o śmierci mężczyzny, który podczas swojego przyjęcia urodzinowego postanowił po paru głębszych, popływać w rzece słynącej z obecności 5 metrowych krokodyli. Niestety kąpieli tej nie przetrwał, bo stał się lunchem dla jednego z tych wielkich gadów (TVN meteo o biesiadniku zabitym przez wielkiego krokodyla różańcowego) Dwa tygodnie później, pewien turysta stal się sławny na cały świat, za sprawą jego "gry w berka" z kolejnym wielkim gadem. Spędził 2 tygodnie na bezludnej wyspie, czekając na ratunek i chowając się od polującego na niego wielkiego krokodyla (TVN meteo o historii biednego kajakarza). Krokodyli na szczęście "u nas" nie ma.

W Port Lincoln zaopatrzyliśmy się w namiot, śpiwory, materac, przenośną kuchenkę gazowa, latarki, zestaw plastikowych naczyń, trochę przewodników turystycznych i parę duperelek jak linka, płaszcze przeciwdeszczowe, ochronne siarki na twarz. Mamy nadzieje wkrótce wybrać się na prawdziwe biwakowanie w prawdziwym australijskim buszu, nie zważając na niebezpieczeństwa, stawiając czoła wszelkim istotom czającym się w dziczy. W przyszły weekend próba generalna, pojedziemy w jakieś "spokojne" miejsce i po prostu spróbujemy rozstawić namiot i spędzić tam noc. Trzymajcie kciuki, żebyśmy wrócili żywi, nie pokąsani :)



5 komentarzy:

  1. No nie, Edzia, Ty chyba chcesz skutecznie odstraszyć od odwiedzenia Ciebie w AU ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Krystek, jak się zdecydujesz odwiedzić to uwierz mi - ochronimy Cie bez względu na wszystko! Własną piersią Cie zasłonię (albo piersią Z.) przed wszelkimi bydlakami czyhającymi na twoje życie ^^

      Usuń
    2. OK! Wchodzę w to! :) Ale to za jakieś x lat, gdy nazbieram fundusze na podróż nie tylko w jedną stronę, ale i z powrotem :)

      Usuń
  2. "Oczywistym jest, ze szansa na przeżycie ukąszenia przez dziecko jest kilkukrotnie niższa niż przez osobę dorosłą."

    - Od dzisiaj omijam dzieci szerokim łukiem!! Ukąszenie przez osobę dorosła faktycznie przeżyłem... :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha :) dobra interpretacja ^^ mój polski jest upośledzony, co poradzisz... taka lajfa :D

      Usuń